poniedziałek, 15 lutego 2016

Walentynki


Pamiętam moją pierwszą walentynkę. Dostałam ją w przedszkolu od Damiana, fajnego blondyna, w wykonaniu której pomogła mu starsza siostra. Do dziś mam chyba jeszcze ją gdzieś w swoich pamiątkach z przeszłości.

W gimnazjum zrzuciłam się z dwiema koleżankami na worek lizaków i w ramach walentynek ruszyłyśmy w miasto. Rozdawałyśmy serduszka na patyku zarówno dzieciom na osiedlu, jak i napotkanym starszym osobom. Był to też niezły pretekst, żeby zagadać do chłopaków, do których na co dzień nie miałyśmy śmiałości podejść. Wyraz twarzy tych wszystkich obdarowanych osób był najlepszym prezentem w ten dzień.
Pomysł wyszedł ode mnie po tym, jak w naszej szkole zorganizowano pocztę walentynkową i przez cały dzień lekcje były przerywane kolejną porcją napływających kartek. Nawet kilka walentynek dostałam. Patrząc na zdjęcia z czasów szkolnych stwierdzam, że to nieprawda, że panowie nie doceniają wewnętrznego piękna. Innego wytłumaczenia, skąd te kartki, nie znajduję. ;-)
Pamiętam te emocje, oczekiwanie i porównywanie ilości otrzymanych walentynek, a także zawód i smutek na twarzach tych, do których nic nie dotarło.
Dotarło za to coś do mnie - że tak naprawdę walentynki to jednak głupie święto i wprowadzają, mimo wszystko, dużo negatywnych uczuć. To taki dzień, kiedy osoby samotne czują się jeszcze bardziej osamotnione. A gimnazjum to był czas wielkich miłości i jeszcze większych zawodów miłosnych... Stąd akcja "lizaki" - żeby jak najwięcej osób tego dnia poczuło odrobinę ciepła i uśmiechnęło się choć przez chwilę.

Wspomnienia związane z walentynkami naszły mnie wczoraj, gdy wracaliśmy autem z basenu i mijaliśmy co chwilę jakiegoś przedstawiciela płci męskiej, w różnym wieku, z bukietem kwiatów w dłoni. Niektórzy dzierżyli te bukiety z uśmiechem na twarzy, inni wyglądali na takich, co to muszą coś odfajkować, żeby szybko zapomnieć i zająć się czymś lepszym. Wyglądało to trochę, jak próba generalna przed Dniem Kobiet. A gdzie panie truchtające z prezencikami dla swoich mężczyzn? Ot, zagwozdka...

Siedząc w aucie z Młodym na parkingu pod marketem i czekając na Męża, byłam świadkiem sceny, gdzie obok do samochodu pakowała się rodzina z zakupami. Pan pakował zakupy do bagażnika, Pani - dzieci na tylne siedzenie. Nagle Pan z jednej z toreb wyjął bukiet tulipanów i powiedział: "Co? Myślałaś, że zapomniałem?". Pani była zaskoczona, uśmiechnęła się i nawet zapinając pasy ciągle gapiła się na bukiecik.

Ktoś kiedyś powiedział, że to święto wymyślone specjalnie na potrzeby sprzedawców, którym właśnie w okolicach lutego spada sprzedaż. Być może... Ja osobiście nie obchodzę tego święta od dawna. Jeśli jednak ten dzień sprawia, że panowie wylegają z domostw, by kupić dla swych ukochanych bukiet kwiatów, czekoladki, czy pluszowego misia i te ukochane się cieszą, bo za miesiąc może już tym panom nie będzie się chciało lecieć po kwiatka na Dzień Kobiet, to czemu nie korzystać?

Dla mnie walentynki będą już zawsze kojarzyły się z czasem szkolnych miłości, nastoletniej podniety, kiedy to właśnie w ten jeden dzień można było wyznać swoje uczucia, zostając przy tym gallem anonimem, jeśli się chciało i vice versa - snuć domysły, któż to taki wysłał kartkę i się nie podpisał.

W dorosłym życiu słowa "kocham Cię" padają z mych ust w domu codziennie, od pół roku ze zdwojoną siłą. Nie czekam na pretekst, by okazać bliskim mi osobom, co do nich czuję.

Mówcie swoim bliskim, że ich kochacie, przyjaciołom, ile znaczą dla was, nawet, jeśli dobrze o tym wiedzą. Przytulajcie i całujcie bez okazji, spontanicznie.

Kto powiedział, że walentynki nie mogą trwać cały rok? ;-)



piątek, 12 lutego 2016

Strach się bać!

Zawsze zastanawiałam się, skąd ludzie czerpią pomysły na przerażające sceny w filmach grozy, skąd te nieprawdopodobne sposoby na uśmiercenie bohatera, jak, na przykład, w "Oszukać przeznaczenie". 
Teraz już wiem. 
Twórcy pewnie są rodzicami.
Serio.

Każdego dnia łapię się na tym, że mózg w nieoczekiwanych momentach podsuwa mi najdziwaczniejsze sytuacje, w których przez moje niedopatrzenie leją się krew i łzy. 
Kiedy trzymam Młodego na rękach w pozycji horyzontalnej i przechadzamy się po mieszkaniu, za każdym razem, gdy mijamy jakąś framugę lub ścianę, moja galopująca wyobraźnia podsuwa mi obraz, jak głową Młodego zahaczam o klamkę albo ryję czubkiem głowy po cegłach w przedpokoju.
Kiedy siedzi w kojcu, a ja w tym samym pokoju na krześle, od razu widzę jak się przewraca i uderza skronią o drewno. 
Leżąc na łóżku, pewnikiem się sturla na podłogę i połamie. 
Siedząc w wysokim krzesełku do karmienia tak się poruszy, że się przewróci. 
Obcinając paznokietki, z pewnością się szarpnie i obetnę palucha.
Główka pracuje i poci się od wymyślania coraz bardziej zatrważających kadrów, ale dzięki temu jestem bardziej uważna.
Kiedy chodzimy, biorę poprawkę na niespodziewane ruchy, pilnuję kończyn i głowy Młodego. 
Kiedy siedzi i się bawi, na wszelki wypadek rozrzucam większe pluszaki w miejsca, gdzie potencjalnie jego głowa może spotkać się niespodziewanie z podłożem. 
Kiedy kładę Młodego na łóżko, to tak, żeby był daleko od jego krawędzi i żeby nawet zmieniając pozycję z leżenia na plecach do hasania na brzuchu nie miał szans spaść. Przy okazji zawsze skanuję każdą przestrzeń w poszukiwaniu i eliminowaniu potencjalnie niebezpiecznych przedmiotów, żeby zminimalizować szanse na zjedzenie czegoś przez Szkraba. To akurat efekt uczenia się na błędach, bo kiedyś zostawiłam na łóżku paczkę chusteczek nawilżanych, poszłam umyć ręce, a kiedy wróciłam, Młody magicznym sposobem otworzył sobie paczuszkę i przeżuwał zawartość. Także tego... 
I pomyśleć, że jeszcze pięć miesięcy temu moim największym zmartwieniem było tylko to, czy nie zasnęłam z dzieckiem na rękach. Ileż to razy budziłam się w nocy przeświadczona o tym, że w trakcie karmienia zasnęłam i nie odłożyłam syna do łóżeczka. I jakież było moje zdziwienie, gdy okazywało się, że w rękach trzymam własne piersi, a bobas smacznie śpi w bezpiecznym miejscu. (Zdziwienie tym większe, że do tej pory nie było nawet co w tych rękach trzymać.. ;-) )
Teraz muszę mieć się ciągle na baczności, bo z Kuby rośnie mały magik. Leży na łóżku, machnie rączką i bach! już coś w niej trzyma. Machnie drugą rączką i bach! znalazł gryzaka, którego szukałam od kilku godzin... 

Kiedyś trzeba było bronić dzieci przed drapieżnikami, dzisiaj - przed brakiem wyobraźni i nadmiarem otaczających przedmiotów.

Nie uchronię Maleństwa przed wszystkimi wypadkami i przykrymi zdarzeniami, ale mogę przynajmniej ograniczyć ilość takich sytuacji do minimum. 

Aż się boję pomyśleć, co to będzie, jak dziecię zacznie raczkować/chodzić...

Mistrz i uczeń

Jaram się.
Zachwycam.
Czasami może zbyt przesadnie, ale zawsze szczerze.
Mam tak, odkąd pamiętam. Potrafiłam stanąć na środku ruchliwego chodnika i gapić się bezczelnie w niebo, z otwartą buzią, pod wrażeniem chmur, zachodu słońca, ciekawej kompozycji ze śladów po samolotach i całkowicie się w tym zatracić. Być tu i teraz.
Jako mama, wciąż mam tak samo. Dni zlewają się w jedno, czasami nie wiem, jaki miesiąc już w kalendarzu, ale staram nie przegapić tych najważniejszych chwil: pierwszych prób pełzania na brzuchu, unoszenia się na rękach, siadania, hasania, poznawania nowych smaków, smakowania dźwięków, które serwuje buzia w połączeniu z językiem i powietrzem. Zapisuję sobie skrzętnie te wszystkie małe wielkie osiągnięcia, bo najwięcej najważniejszego dzieje się właśnie teraz.
Staram się być i czuwać, towarzyszyć w zabawie i pomagać, gdy cierpliwość lub zasięg rączek się skończy.
Jaram się tak bardzo nowościami w wydaniu Syna, że potrafię wydrzeć się na cały dom, zakłócając Mężowi rozmowę telefoniczną, żeby rzucił wszystko i ze mną podziwiał nasze zdolne dziecię, jak wkłada kciuka stopnego - określenie zapożyczone od przyjaciółki Kamili - do buzi.
To niesamowite, że jeszcze niecałe pół roku temu to rozkoszne, rozgadane i będące już na czworaka dziecko, ledwo otwierało oczka i machało bezradnie rączkami.
Teraz Kuba hasa po całym łóżku, po dywanie, pewnie wyciąga rączkę w stronę interesujących przedmiotów lub twarzy; potrafi zasygnalizować, że potrzebuje pomocy albo po prostu towarzystwa do zabawy.
Czwarty tydzień bujam się z przeziębieniem, Mąż od kilku dni też walczy z jakimś choróbskiem, a nasz Syn jest tak zajęty ząbkowaniem i odkrywaniem nowych możliwości swojego ciała, że w ogóle nie przejmuje się swoimi starymi, chorymi rodzicami. Konsekwentnie każdego dnia zaczyna od lekcji dykcji, radośnie opluwając wszystko dookoła, po czym po śniadaniu zabiera się za "rzeźbę". Gdybym choć w ułamku była tak zdyscyplinowana jak mój Syn, przez te kilka miesięcy ogarnęłabym hiszpański i francuski, podszkoliła się w narzędziach do pracy i może ogarnęła grę na pianinie.

To prawda, że my, dorośli, możemy wiele nauczyć się od dzieci. W zasadzie to każdy może nas czegoś nauczyć, umyślnie lub przez przypadek.

Podjarkę mam  chyba po Mamie. Nigdy nie zapomnę, jak wróciłam z wyników egzaminu gimnazjalnego i obwieściłam, że zdałam - Mama dosłownie podskoczyła do góry, uderzając rękami o sufit (a nie jest to wysoka osóbka) i cieszyła się jak dziecko.
Kiedyś wybrałyśmy się na wycieczkę rowerową i w pewnym momencie już nie wiedziałam, czy kobitka jadąca przede mną, posapująca pod górkę, by po chwili zjechać ze śmiechem, okrzykiem "łiiiiii" i nogami wyciągniętymi na boki to moja mama, siostra czy córka.

Nie wiem, czy to hormony czy starość, ale rozczula mnie to 9 kilo szczęścia. To pięć i pół miesiąca w pampersie, siedzące i śmiejące się w głos, gdy gilam pod paszkami lub po brzuszku. Wzruszam się i chłonę chwile, gdy zasypia, wybudza się, kwili, płacze, gaworzy i z uśmiechem od ucha do ucha buja się na dłoniach i kolanach, by po chwili zabawnie paść na twarz ze zmęczenia i poderwać się na nowo jak gdyby nigdy nic.

Syn uczy mnie, by się nie poddawać, okazywać swoje emocje, by nie bać się prosić o pomoc, by próbować dotrzeć do celu różnymi sposobami, gdy któryś nie działa... I dużo, dużo więcej, czego nie potrafię nawet nazwać.

Ciekawe, czego nauczy się od nas...

niedziela, 31 stycznia 2016

Dada


Pierwszy raz od ponad roku dopadło mnie konkretne choróbsko. Od ponad tygodnia dycham i smarkam, ale czuję, że to już końcówka. W związku z moim stanem i obawą o to, że zarażę Malutkiego, pozwoliłam się rozpieszczać, zarówno przez Męża, jak i przez Babcię, do której pojechałam z Synkiem na trzy dni. Dzisiaj, na przykład, poprosiłam Męża o zajęcie się Szkrabem, by choć na pół godziny schować się pod kołdrę.

Leżę sobie w sypialni, napawam się ciepłem kołdry i odkręconego na maksa grzejnika, gdy nagle słyszę z pokoju Kuby:
- Tata. Ta-ta. Taaa-taaa. Tatatatatatatatatatatatata. Daaa-daaa.Dada ..

I tak przez dobrych kilka minut.

Zaczynam się śmiać, bo w wolnych chwilach, kiedy Młody jest nastawiony na odbiór, a nie na nadawanie (ostatnio praktycznie większość czasu gada - jak Tatuś :-) ), prezentuję swój monolog:

- Taaa-ta. Tata. Daaa-da. Taaa-taaa...

Zdziwko? Ha! Początkowo męczyłam dziecko, a jakże, "maaa-ma", ale niedawno rozmawiałam z koleżanką, która spodziewa się dzidziusia i powiedziała bardzo fajną rzecz:

- Mam nadzieję, że pierwsze słowo mojego dziecka będzie "dada" i będzie często je powtarzało. Wtedy tatuś będzie miał zajęcie, a ja wolne.

Genialne w swojej prostocie!

Także tego, ćwiczymy Synu: Taaa-ta.

A tak na serio, jakoś w ogóle nie tyra mnie temat tego, jakie będzie pierwsze słowo mojego dziecka. Wiem, że niektóre mamy biorą bardzo do siebie fakt, że przez tyle miesięcy zajmowały się dzidziusiem, poświęcały mu całą swoją uwagę i czas, a dziecko "odwdzięcza się" się "tatusiowaniem". Pamiętam zawód mojej znajomej, której córka nauczyła się mówić "dada", chociaż tatę widywała w zasadzie tylko wieczorami, a kiedy znajoma prosiła; "Powiedz mama", córcia mówiła "dada", a czasami nawet stanowcze "nie". Smuteczek.

Dla mnie najważniejsze jest to, żeby dzidziuś rozwijał się prawidłowo i był zdrowy. Liczą się czułe gesty, które sobie okazujemy każdego dnia, uśmiechy - tego nikt nam nie odbierze, a wszystkie te chwile są po stokroć ważniejsze, niż słowa.

Oczywiście, będę pękać z dumy, kiedy Kubuś powie "mama", ale po cichu liczę, że jednak wystartuje z "tatą", choćby dlatego, że Mężusiowski w pełni zasługuje na wyróżnienie za swoją postawę  i zaangażowanie w rolę taty.

Swoją drogą, nawet w tej kwestii jestem w mniejszości, bo moim pierwszym słowem było "baba".

A jak było u Was?

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Ach śpij, Kochanie...

Jeszcze do niedawna usypianie Szkrabińskiego było najprostszą czynnością spośród wszystkich. Jak w zegarku, kiedy tylko zbliżała się godzina 21:00, Szkrab zaczynał marudzić i szukać cyca. Cyc po chwili już znajdował się w buzi Młodego, a Młody po chwili odpływał do krainy snów. Potem godzina spania przesunęła się na godzinę 22:00, ale nadal wystarczało przytulić dziecię do piersi, by bez problemu padło w objęcia Morfeusza.
Teraz wygląda to zupełnie inaczej.
Wychodząc z pokoju, jestem podrapana, skopana, obśliniona, potargana, obrzygana , jakbym brała udział w dziwacznym połączeniu walki na ringu z regularną bijatyką dwóch bab. I to wszystko z miłości.
Cyc stracił swoją magiczną moc. Teraz, po ostatniej wieczerzy, Młody rozwala mi się na nogach, niczym na leżaku w tropikach, nawet podkłada sobie zabawnie jedną rękę pod głowę i z szeroko otwartymi oczami, w ogóle niesugerującymi nawet start w stronę snu, zdaje się mówić "A teraz baw mnie". Patrzymy sobie głęboko w te nasze oczy, jego coraz większe, moje coraz mniejsze i po chwili staje się jasne, że Młody nigdzie się nie wybiera. Żołądek dusi w sobie przekleństwo, burczy tylko coś niezrozumiale.
Kładę więc sobie Szkraba obok i pytam nieśmiało, od czego zaczniemy. Jest różnie. Czasem, na przykład, po zawzięcie podgryzanym małym palcu mojej ręki domyślam się, że przyda się gryzak, bo coraz śmielej, zwłaszcza w nocy, dają o sobie znać idące zęby. Zatem gryzak. Biegnę do lodówki po wodnego gryzaka. Młody wyciąga rączki, więc wręczam gryzaka. Super, gryź Synu na zdrowie, może się zmęczysz. Nie zdążył się zmęczyć, bo po trzech gryzach gryzak ląduje na prześcieradle, i znów wyciąga rączki w moją stronę. Nachylam się więc nad dzieckiem i mówię czule: "Ach, chciałeś Mamę po twarzy pogłas...". Nie udaje mi się dokończyć zdania, bo Szkrabiński zdecydowanym ruchem wbija paluszki w moje policzki i po chwili połowa mojego nosa ginie w jego buzi.
Kiedy udaje mi się już oswobodzić, sugeruję nieśmiało, że są inne sposoby na okazanie mamie swojej miłości.
Skumał skubany, bo tym razem ledwie musnął rączkami poliki, by tym razem stanowczo szarpnąć mnie za włosy. Nos znowu znalazł się w mokrym pyszczku.
Po chwili Młody zaczyna ziewać i pocierać oczka. Dobrze jest, myślę sobie, zbliżamy się do finału.
Haha, jasne... Okazuje się, że dziecko dopiero się rozkręca.
Kładę się na boku i przystawiam ssaka na leżąco, bo walka o własny nos trochę mnie zmęczyła, za to po Szkrabie nie widać żadnych oznak zmęczenia. Zauważam natomiast problemy z pamięcią krótkotrwałą... Oglądaliście "Gdzie jest Nemo?". Mój Syn jest jak ta rybka Dori. "Ale się najadłem... O, cyc!". Po kilku rundkach łapania i puszczania cyca, chłopakowi przypomniało się, że zapomniał mi opowiedzieć, co robił przez cały dzień, więc rozwala się na łóżku i w niemowlęckim snuje swoją opowieść.
Od kilku dni do repertuaru "niechcemisięspaćchociażoczkamammalutkie" dołączyło radosne "pierdzenie" buziakiem w moją rękę.  Chyba po to, żeby zagłuszyć moje fałszowanie kołysanek. Mały glonojad przepuszcza atak na moje przedramię przy każdej nadarzającej się okazji i zaczyna koncert.
To taki moment w naszym romansowaniu ze snem, kiedy wymiękam i choć żołądek pisze już na mnie skargę, nie mogę się powstrzymać i najczęściej wybucham śmiechem.
Kiedy Syn już odhaczy wszystkie aktywności, następuje grande finale.
Oczka zaczynają się rozjeżdżać, głowa lata na boki, nóżki strzelają w górę i zaczynają kopać mnie po udach i brzuchu, a rączki rozpoczynają swój układ choreograficzny - jedna sunie po prześcieradle od boku do głowy i z powrotem, a druga radośnie młoci powietrze, tłukąc mnie przy okazji po twarzy i klatce. Jeszcze coś tam dzidzia gada do siebie i nagle... cisza. Odłączyli prąd.
Dziecko pada, matka pada i śnieg pada...

niedziela, 24 stycznia 2016

Patataj

Z cyklu "mądrości wyrodnej matki".

Mąż woła:
- Żona, chodź, zobacz!
Przychodzę;
- Spójrz, jak nasz Syn majta nóżkami. W poprzednim wcieleniu był chyba Indianinem jeżdżącym na koniu.
Patrzę, patrzę i po krótkiej analizie stwierdzam:
- Wiesz co? On chyba był tym KONIEM.

Kurtyna.

niedziela, 17 stycznia 2016

Poszli my na basen

W czasie ciązy byłam może ze trzy razy z bęcem na basenie.
Jak tylko malutki się urodził, Mąz już nie mógł się doczekać, kiedy Syn będzie miał skończone dwanaście tygodni i pójdą razem na basen obczajać foczki.
Niestety, musieli wziąć pod uwagę fakt, że jedną foczkę, a w zasadzie krówkę, będą musieli wziąć ze sobą. Nie mogłam się doczekać wejścia do wody bez brzucha i zrelaksowania się podczas pokonywania kolejnych długości.
I tak, we trójkę wybraliśmy się na basen. Wolny termin zajęć wypadł na 10:30. Spoko, wyrobimy się, pomyślałam.

Za pierwszym razem przyjechaliśmy na miejsce o 10:22.

Szybka akcja pod tytułem "bierzemy kluczyki i biegiem do przebieralni" trochę nam się opóźniła, bo  trzeba było zrobić przystanek w szatni, a poza tym okazało się, że mam zablokowaną kartę benefitową. Na szczęście, Mąż wszedł na swoją, a ja jako opiekun dziecka na zajęciach na kartę syna.
Przemknęliśmy przez bramkę i wpadliśmy do przebieralni. Tam zhaltował nas pan konserwator powierzchni płaskich i zawrócił, bo wpadliśmy w butach.
Musiałam wszystko wyrzucić z plecaka na podłogę, bo klapki włożyłam na dno. Znalazłam klapki, upchnęłam wszystko z powrotem do plecaka, po czym znowu musiałam wywalać, bo swimmersa i ręcznik dla Młodego upchnęłam na dno. Synek w tym czasie smacznie spał w nosidełku, ululany przez jazdę samochodem i dopiero postawiony na podłodze przy szafce, obudził się.
Szybko przebrałam siebie i Szkraba, i przekazałam kursanta na ręce Taty.

Szkrabiński przez całe zajęcia był trochę zaspany i zdziwiony. W ogóle nie interesowały go kolorowe zabawki rozrzucone w wodzie, za to fascynowało go światełko podświetlające basen. Stwierdził też, że kolor wody mu nie pasuje i co jakiś czas ubarwiał ją serkiem z buzi.
Pół godziny zajęć minęło nie wiadomo kiedy (ale wiadomo dlaczego nam akurat tak szybko).
Tata poszedł pod prysznic z Maluchem, a ja pobiegłam się ogarniać, żeby przygotować rzeczy dla Synka. 

Jak już wspomniałam, dziecko na basenie potrzebuje jedynie swimmersa, czyli pampersa do pływania i ręcznik, żeby maleńkie ciałko opatulić po wodnych harcach. Natomiast po basenie matka dla dziecka potrzebuje:
- co najmniej trzy pampersy (dla normalnej matki wystarczy jeden, ale mi dużo rzeczy wypada z rąk);
- ciuszki na zmianę co najmniej dwa zestawy (jak wyżej);
- flanelcię albo ręcznik, żeby maluszka położyć na przewijaku;
- ręcznik na zapas, jeśli pierwszy zostanie brutalnie obsikany/obrzygany/ubrudzony;
- smarowidło do pupy;
- żel pod prysznic;
- patyczki do uszu;
- zabaweczkę;

Oczywiście, do tego moje rzeczy na basen. Plecak jęczał jak go pakowałam, bo się uparłam, że nie będę jeździć z dwiema osobnymi torbami.
Pływaczek też jęczał, a w zasadzie ryczał w przebieralni, bo mu się przypomniało, że jest głodny. Miałam nieco utrudnione zadanie, żeby przebrać Syna, bo sama jeszcze byłam w proszku, ale na szczęście do akcji wkroczył Tata i kiedy on próbował wynegocjować u Kuby trochę czasu dla mnie, ja czym prędzej się ubrałam. Udało mi się nawet trochę wysuszyć włosy.
Przy okazji miałam możliwośc przetestowania wariantu ubierania  zimowych butów z dzieckiem na rękach. Takich akrobacji nawet w cyrku nie zobaczycie. Pani obok i jej córcia na składanym leżaczku pewnie miały niezły ubaw z naszego duetu. 
Upocona, ale z butami na nogach, wyprułam z przebieralni i poszłam szukać ustronnego miejca, żeby nakarmić Maluszka. Udało się. Razem z dwiema innymi karmiącymi piersią mamami zaległyśmy na wielkim skórzanym narożniku usytuowanym w kącie. 
Dosiadła się do nas również mała, urocza Zosia, która próbowała nakarmić Szkrabińskiego swoim hot-dogiem. Podziękowałam za hojność w imieniu mojego trzymiesięcznego, bezzębnego ssaka, choć nie ukrywam, że przez chwilę sama miałam ochotę rzucić się na podtykaną przekąskę, bo z domu wypadłam bez śniadania.

Oczywiście, podczas pobytu na basenie, nie przepłynęłam ani jednej długości, a w wodzie byłam może ze trzy minuty. Przez resztę czasu biegałam z aparatem i robiłam zdjęcia tudzież kręciłam filmiki z moim wspaniałym Wodnisiem w roli głównej i Szuwarkiem w roli wspierającej.

Był to nasz pierwszy wypad na basen we troje, więc panował chaos, armagiedon i totalne zniszczenie, bo nie mieliśmy dobrego pomysłu logistycznego.

Za drugim razem poszło nam zdecydowanie łatwiej.

Zapomniałam plecaka.